W tym pudełku jest moje wielkie marzenie – moja pierwsza wydana samodzielnie bajka dla dzieci.

pudełko Momo i Kiki

Choć właściwie całkiem niedawno przyszło mi na myśl, że nie tylko moje marzenie jest zamknięte w pudełku – metaforycznie większość z nas właśnie tam je przechowuje. Czasem z różnych powodów odstawiamy je gdzieś na półkę, czasem chowamy do szuflady. Niekiedy nieśmiało uchylamy wieczko i zaglądamy do środka, by upewnić się, czy aby nadal nasze marzenie tam jest. A potem szybko zamykamy z powrotem. Bo czas nie ten. Bo czegoś brakuje. Bo może kiedyś.

Rok zajęła mi decyzja, by nie kiedyś, ale właśnie teraz wydać swoją książkę. Pomysł narodził się zupełnie niespodziewanie, ale wydawał się być mocno odległy. Ja marketer, PR-owiec, mam zająć się pisaniem bajek dla dzieci? Przecież to zupełnie abstrakcyjne! Tak też w pierwszym momencie pomyślał mój mąż, gdy poinformowałam go o tej zawodowej i życiowej decyzji – dokładnie w momencie oczekiwania na zielone światło, w drodze do supermarketu. Kilka miesięcy później, na jednej z konferencji usłyszałam, by traktować swoich najbliższych jak pierwszych klientów. Bo to im trzeba zakomunikować swój mniej lub bardziej biznesowy pomysł tak, by w niego uwierzyli, dostrzegli korzyści i stali się ambasadorami twojej idei, a przy tym – nie czuli, że tracą grunt pod nogami. Dziś bezwzględnie o tym pamiętam.

Inspiracją dla mojej pierwszej książki stał się mój dwuletni wówczas synek i do dziś jestem przekonana, że dzieci stanowią niewyczerpane źródło inspiracji, którego my dorośli bardzo nie doceniamy – wyobraźnia dzieci jest nieograniczona. W każdym razie, to właśnie w trakcie wspólnej zabawy pojawił się pomysł na to, by narysować kilka ilustracji smoków, a potem opowiedzieć o nich bajkę. Już w trakcie mój syn postanowił poprzesuwać kolejność tych naszych prostych obrazków, a w mojej głowie pojawiła się myśl, że to jest świetny pomysł – móc zmieniać kolejność wydarzeń w bajce! Tak właściwie narodził się pomysł na bajkę modułową.

Pomysł na formę przyszedł później. Ale kiedy zaczęłam zastanawiać się, jak w praktyce mogłabym zrealizować swój pomysł, okazało się, że właściwie takiej bajki i takiej formy książki po prostu nie ma. Jeszcze nie wiedziałam kiedy i jak wydam bajkę, ale wiedziałam, po prostu czułam, że to zrobię. Zaczęłam analizować rynek wydawniczy i zabrałam się za… poszukiwanie prawnika.

Pani Agnieszka, rzecznik patentowy, była właściwie pierwszą osobą, której od początku do końca przedstawiłam swój pomysł i która uwierzyła w jego powodzenie. Nagle okazało się, że tę moją bajkową wizję należy ubrać w formalne wymogi urzędowego wniosku, a wizję pięknych ilustracji sprowadzić do technicznego szkicu… którego nikt nie potrafił wykonać, bo tylko ja tak naprawdę wiedziałam o co chodzi – miałam wizję tego, jak ma wyglądać pudełko, książka, strony… Kilka projektów poszło do kosza, a z nimi oczywiście również część budżetu, a ja w praktyce spędziłam kilka nocy nad tym, by nauczyć się obsługi programu, w którym możliwe było samodzielne wykonanie technicznej dokumentacji. Udało się. Zawsze to powtarzam – jeśli czujesz, wiesz, że masz pomysł, który warto chronić, pomyśl o tym od razu. I przygotuj się na to, że wszystko trochę potrwa. Swoje zgłoszenie patentowe złożyłam dokładnie 29 grudnia 2014 i właśnie dwa tygodnie temu otrzymałam informację zwrotną z Urzędu Patentowego. Po niemal trzech latach.

W międzyczasie powstały ilustracje. Miałam to niesamowite szczęście spotkać na swojej drodze Agatę Krzyżanowską. A właściwie to ją „wygooglować” 🙂 W cudowny sposób nadała kształt i akwarelową duszę głównym bohaterom mojej bajki. I duszę. Etap ilustrowania był tym, który wspominam jako szczególnie przyjemny. Bo tak naprawdę ilustracje były już czymś bardzo, bardzo namacalnym. Ale ich przygotowanie również wymagało czasu. Całość pracy trwała kilka tygodni.

A kolejnych kilka tygodni zajęło poszukiwanie wykonawcy gotowego do podjęcia się produkcyjnego wyzwania. Założyłam sobie, z różnych przyczyn, że swoje wydawnicze produkty (bo jakoś docelowo od razu zakładałam, że na jednym się nie skończy) będę od początku do końca realizować w Polsce. Jak się okazało, polskie drukarnie nie były równie entuzjastycznie co ja nastawione do tego pomysłu. Bo projekt skomplikowany technologicznie. Bo część wymaga ręcznej pracy. Bo nakład niewielki. Bo produkujemy tylko książki, a nie pudełka i odwrotnie. Odbijałam się od drzwi do drzwi, a właściwie od maila do maila. Wreszcie udało się, choć finalnie pierwszy nakład “Momo i Kiki” został wydrukowany we współpracy z dwoma różnymi wykonawcami, co nie było idealnym rozwiązaniem, ani logistycznie, ani finansowo.

Decyzja o kampanii crowdfundingowej była konsekwencją wielu wydarzeń. W przypadku tego typu projektów zawsze pojawia się ryzyko złego oszacowania: czasu, potencjału pomysłu lub budżetu. Tak też stało się w moim przypadku i właściwie, gdybym miała zmienić jedną jedyną rzecz w całym swoim dotychczasowym doświadczeniu z selfpublishingiem – przygotowałabym się do tego lepiej finansowo. Szczególnie, że wydrukowanie, fizyczne “wyprodukowanie” czegoś rządzi się zupełnie innymi prawami, niż realizacja usług, które zwykle nie pochłaniają większych kosztów i nie wiążą się z “zamrożeniem” środków. Oczywiście w teorii miałam tę świadomość, ale w praktyce okazało się, że do realizacji mojego wydawniczego marzenia zabrakło solidnych kilkunastu tysięcy. To wówczas pojawiła się myśl, by pozyskać brakującą kwotę w ramach kampanii crowdfundingowej. Wydawało mi się to idealnym rozwiązaniem, bo jednocześnie mogłam rozpocząć promowanie swojego pomysłu.

Wybrałam platformę Polak Potrafi i kolejne tygodnie poświęciłam na to, by przygotować całą kampanię – bo to, co ważne – sama kampania na platformie crowdfundingowej to już finalny etap tego wszystkiego, co trzeba zrobić zanim w ogóle wystartuje (tu piszę o tym więcej: jak przygotować kampanię crowdfundingową dla książki). Przez kilkadziesiąt dni udało mi się pozyskać partnerów medialnych dla projektu, zainteresować pomysłem blogosferę i przede wszystkim zebrać brakującą kwotę. Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdyby nie ludzie, którzy uwierzyli w pomysł i zaufali w powodzenie realizacji całego projektu. To poczucie, że pomysł się podoba, że spotyka się z uznaniem, a zarówno rodzice, jak i dzieci nie mogą się doczekać książki, było niesamowitym doświadczeniem, zupełnie innym od dotychczasowych. Wcześniej zawsze zajmowałam się promocją czyichś pomysłów/produktów, a teraz realizowałam własny!

Plan był już prosty. Realizacja. Druk. I premiera w Dniu Dziecka. W międzyczasie powstała strona internetowa mojego wydawniczego projektu, a samą książkę udostępniłam w przedsprzedaży. Od początki założyłam, że sprzedaż będę prowadzić wyłącznie w swoich kanałach. I tyle w teorii. W praktyce okazało się, że konieczne były korekty w makiecie książki, zmianie dwukrotnie uległy finalne proporcje pudełka. Konieczne było przygotowanie składu, pozyskanie numeru ISBN, przygotowanie dokumentacji zgodnej z zabawkową dyrektywą unijną (znak CE). W międzyczasie drukarnia otrzymała wadliwą partię folii od dostawcy. Część nakładu książki musiała zostać wydrukowana ponownie. A terminy uciekały… Aby zdążyć z wysyłką na Dzień Dziecka, przyjechałam jednego dnia ponad 1200 km – książki musiały schnąć i i w takiej sytuacji kurier nie zdążyłby ich dostarczyć na czas. A potem całą noc zajęło ich pakowanie… Ale moją największą satysfakcją jest to, że wciąż, mimo, że minął już rok od wydania “Momo i Kiki” jestem zadowolona z efektu końcowego. I do dziś pamiętam doskonale ten moment, gdy po raz pierwszy trzymałam w rękach swoją książkę. Tę, która jeszcze niedawno była tylko przygotowywanym w środku nocy szkicem.

To oczywiście ta część historii, której nie widać, gdy zaglądasz do mojego pudełka. Bo ono jest po prostu pięknym, zilustrowanym akwarelą marzeniem. Ale zawsze, za realizacją każdego marzenia kryje się wiele pracy, sporo porażek, wiele trudności, popełnionych błędów.

Tylko wiesz co?

Warto!

Może ci się też spodobać

Napisz komentarz