“Pisanie jest moim sposobem na dzielenie się zachwytem nad światem.” – mówi o sobie Małgosia Dawid – Mróz, pisarka i autorka bloga Manufaktura Radości, na którym można odnaleźć potężną dawkę optymizmu i inspiracji. Dlaczego zdecydowała się samodzielnie wydawać swoje książki? I co mogłaby doradzić piszącym osobom? Przeczytajcie koniecznie!

Małgosiu, od samego początku samodzielnie wydajesz swoje książki – dlaczego zdecydowałaś się na self-publishing?

Powodów było kilka. Po pierwsze ten, który powtarza się u wielu osób: wydawnictwa nie traktują poważnie debiutantów. Wiele moich maili i propozycji spotkało się z zupełnym lekceważeniem, a jeśli już dochodziło do rozmów, to czułam, że zupełnie nie jestem dla Wydawcy partnerem – musiałabym zgodzić się na wszystkie warunki – a w zamian mogłam otrzymać wyłącznie symboliczne wynagrodzenie no i prestiż „bycia autorką wydawaną przez x”.

Moja pierwsza książka była inna niż druga, bardzo zależało mi na tym, aby była ładnie wydana, nie chciałam druku na „papierze toaletowym”, ani oszczędności na każdej składowej tekstu. Po pierwszych rozmowach z wydawcami wiedziałam, że to nierealne. Nie bez znaczenia był też prosty rachunek ekonomiczny. Na jednym egzemplarzu książki wydanej przez tradycyjnego wydawcę mogłam zarobić około 2 zł brutto. Oznaczało to, że za wiele tygodni, jeśli nie miesięcy mojej pracy dostanę realnie wynagrodzenie rzędu 4-5 tysięcy minus podatek – i to w 15 ratach. W przypadku self- publishingu ta kwota jest o wiele wyższa i sprawia, że pisanie i wydawanie książek nabiera także ekonomicznego sensu. Jestem osobą, która mocno stąpa po ziemi i dla mnie to ma znaczenie. Możemy oczywiście pomyśleć: spełniajmy marzenia, a reszta nie jest taka ważna – ale ja się w takim myśleniu nie odnajduję. Jeśli coś robię i wkładam w to tyle pracy, serca i czasu, to dlaczego mam na tym nie zarobić, zwłaszcza jeśli ktoś inny (wydawca, dystrybutor) zarabia?!

W jaki sposób pracujesz nad swoimi książkami? Czy jest ktoś kto pomaga Ci na jakimś etapie, czy też samodzielnie od początku do końca przygotowujesz swoje publikacje?

Jeśli chodzi o przygotowanie książki do druku to oczywiście angażuję w ten proces osoby, które są specjalistami w swoich dziedzinach. Korekta, projekt graficzny, skład, tym oczywiście nie zajmuję się sama, bo to nierealne. Uważam, że każdy powinien robić to na czym się zna: dlatego ja skupiam się na pisaniu i na zarządzaniu tym procesem, a do reszty prac tworzę mały zespół projektowy.

Przy „Manufakturze” zdecydowałam się także na outsourcowanie procesu wysyłek. Miałam dość biegania na pocztę i pakowania paczek.

Co Twoim zdaniem jest największym wyzwaniem, jeśli chodzi o self-publishing?

Tych wyzwań jest na pewno sporo, zmieniają się zresztą na każdym etapie projektu. Ludziom, którzy wydają z wydawcą, albo jeszcze nie wydali książki zdaje się, że najtrudniejszy etap to skończenie, zamknięcie tekstu, a to jest dopiero początek. Przy pierwszej książce przeraził mnie ogrom decyzji, które trzeba podjąć. Format książki, rodzaj druku, wybór drukarni, papieru, okładki, umowy, które należy podpisać, sprawy formalne, których trzeba dopilnować. A to przecież jeszcze nie koniec. Dopiero kiedy książka trafia na rynek stajemy przed wyzwaniami związanymi ze sprzedażą, dystrybucją, czy choćby przechowywaniem książki. Jeszcze to wszystko trzeba rozliczyć, rozpatrzyć ewentualne reklamacje bo np. paczka zaginie, odpowiadać na maile itp. Tych spraw jest naprawdę sporo i faktycznie, jeśli ktoś jest tylko artystą, który nie ma pojęcia o biznesie to może poczuć się przygnieciony.

W jakiej sytuacji odradzałabyś samodzielne wydawanie książki?

Na pewno nie warto porywać się z motyką na słońce jeśli ma się bardzo małe grono odbiorców. Jeśli Twoją stronę lubi 3000 osób i masz 400 znajomych to nie licz na to, że sprzedasz 3400 książek. Żeby sprawnie rozdysponować minimalny, sensowny moim zdaniem nakład – czyli około 1000 egzemplarzy, trzeba mieć spore grono odbiorców, bo decyzję o zakupie podejmuje w najlepszym razie co 10 osoba… Deklarację „kupię” przed premierą też niekoniecznie przekładają się na późniejszą sprzedaż… Wiele osób bardzo chciałoby nasze książki, ale … za darmo. Niestety, tak to często wygląda.

Odradzałabym też tę przygodę nerwusom, osobom bardzo niecierpliwym, oraz takim, które nie lubią zajmować się kwestiami biznesowymi. Tak naprawdę self-publishing to odpowiedzialne i jednak trochę ryzykowne zadanie (wkładamy swoje pieniądze) i trzeba się do tego dobrze przygotować.

Ja sama z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że miałam nierealne oczekiwania. Oczywiście dobrze jest być optymistą i próbować, ale też z perspektywy czasu wiem, że dobrze brać pod uwagę także trochę mniej fantastyczne scenariusze niż ten pt. „książka będzie bestsellerem i w miesiąc pójdzie cały nakład”.

Twoja ostatnia książka, “Manufaktura Radości”, wpisuje się w trend tzw. BLOOKS, czyli blogów, które na pewnym etapie stają się książkami. Skąd pomysł, by teksty publikowane na blogu wydać w formie książki?

Wiele osób mnie o to prosiło. Ja jestem człowiekiem trochę starej daty i dla mnie czytanie na ekranie komputera to jednak inny rodzaj czytania niż to na papierze. Moje czytelniczki pisały do mnie maile i mówiły: drukuję sobie twoje teksty, noszę w torebce, przyczepiam do lodówki i czytam do kawy, ależ byłoby super mieć to na papierze w jednym miejscu! Wiele osób mówiło także, że chciałoby podarować moje teksty komuś, kto niekoniecznie ogarnia te wszystkie komputerowo- internetowe sprawy… Link to jednak jest coś innego… Nie zanotujesz pod nim nic, nie wyciągniesz z kieszeni czy torebki…

Większość moich tekstów jest uniwersalna i nie starzeje się – dlatego zebrałam najlepsze z kilku lat – poprawiłam – czasami trochę przeredagowałam i tak powstała ta książka. Z opinii moich czytelniczek wiem, że to był strzał w dziesiątkę i bardzo się cieszę, że się zdecydowałam.

Co ze swojej perspektywy doradziłabyś osobom marzącym o wydaniu swojej książki?

Na pewno wytrwałość i realizm, zapoznanie się z funkcjonowaniem rynku wydawniczego. Wiele osób absolutnie nie wie jak to wygląda i patrzy gdzieś na przykłady absolutnie fantastycznych pisarskich karier. Fakty są jednak takie, że to nie jest łatwy biznes, ani prosty sposób na zarobienie pieniądzy. Aby się przebić, trzeba zbudować wokół siebie społeczność, pisać, pisać, pisać, i jeszcze raz pisać. Zastanowić się nad tym, czego ludziom potrzeba i co my sami mamy do dania. Ja wiem, że nie napiszę kryminału, chociaż może one się sprzedają. Nie widzę się też w roli autorski romansu, no ale kto wie;).

Nasze rodzime pisarskie sławy takie jak Katarzyna Bonda, czy choćby Olga Tokarczuk opowiadają o tym, że zanim stały się znane i zaczęły na książkach zarabiać sensowne pieniądze, musiało upłynąć sporo wody. To nie jest tak, że coś spadnie z nieba, a przynajmniej rzadko to się dzieje.

Dlatego jeśli masz marzenia, nastaw się na pracę i na to, że nie od razu zostaniesz drugim Grishamem

Małgosia Dawid- Mróz

 

Zapraszam Was serdecznie do odwiedzenia bloga Małgosi:
Manufaktura Radości,
a książki autorki znajdziecie tutaj.

Może ci się też spodobać

Napisz komentarz