Mówi o sobie – „nie jestem wyjątkowa, a jedynie konsekwentna”. I zapewnia, że każdy może w życiu robić rzeczy wielkie. Miłka Raulin – najmłodsza Polka, która w 2018 roku zdobyła Koronę Ziemi – dziś opowiada o tym, co czuła stojąc na dachu świata i o tym, co łączy zdobywanie gór z pisaniem książek!

W swojej książce wspominasz o mapie marzeń, na której znajdował się konkretny cel – zdobycie Korony Ziemi. Czy również napisanie książki było jednym z twoich marzeń?

Myśl o własnej książce pojawiła się w moim życiu niedawno. Wszystko zaczęło się od propozycji ze strony kilku dużych wydawnictw. Pomyślałam sobie „nigdy nie pisałam książki – dlaczego by tego nie zrobić?!”. Ale nim ostatecznie zdecydowałam czy i z kim wydam swoją debiutancką książkę potrzebowałam kilku spotkań. Zarówno z tymi, którzy napisali już kilka pozycji, jak z spotkań z przyszłym wydawcą. Ostatecznie podjęłam decyzję, że napisanie książki leży w zasięgu moich możliwości. A potem musiało już tylko zaiskrzyć, bo wierzę pomiędzy mną, a kimś z kim mam współpracować musi „być chemia”. Jeśli nie czuję takiego flow, to choćby nie wiem kto mi coś zaproponował, wiem, że nic z tego nie wyjdzie. I tak też było w przypadku pierwszego wydawcy. Dopiero, gdy poznałam Basię z „Bezdroży”, poczułam „to” i byłam pewna, że chcę, aby została moim redaktorem prowadzącym.

 

Wspominasz o „flow we współpracy”, a jak było w Twoim przypadku z tym twórczym flow? Jak pracowało Ci się nad samą książką, czy były jakieś wzloty, upadki, chwile zwątpienia?

Książkę pisało mi się świetnie ponieważ ja z natury jestem gadułą i tę książkę napisałam dokładnie tak, jak mówię na swoich prelekcjach. Oczywiście, po drodze były trudności, ale raczej już na etapie korekty, kiedy pojawiały się sugestie zmian. Jeśli chodzi o samo opowiedzenie historii, to ona była we mnie i wreszcie moje gadulstwo dzięki pisaniu książki mogło znaleźć ujście. Mogłam napisać wszystko co chciałam, bez żadnych ograniczeń, nikt mi nie przerywał, nikt nie dawał znaku, że czas się kończy.

Miłka Raulin

Przyznam, że pochłonęłam twoją książkę w jeden wieczór…

I to jest brak szacunku dla autora, który pisze książkę pół roku, a ludzie czytają ją w jeden wieczór, zwyczajny brak szacunku (śmiech) 🙂 Oczywiście, żartuję – to jest dla mnie wielka nobilitacja, kiedy słyszę, że ktoś książkę czyta, pochłania jedynym tchem, a nie odkłada na półkę, tym bardziej, że to moja debiutancka książka.

Czytając Twoją książkę odniosłam wrażenie, że przekazujesz w niej siebie i że jednocześnie udało Ci się w tej historii uniknąć patetyzmu, odczarować mit nadludzkiego wysiłku wpisanego w zdobywanie gór. Czytamy historię kobiety, pokazującej, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko chcemy.

Nadmierny patetyzm w ogóle jest mi obcy, a przyznam też, że świadomie nie pokazuję tych cięższych chwil. W ogóle jestem osobą, która zawsze widzi szklankę do połowy pełną. Jeśli więc mam cokolwiek opisywać, to wolę zdecydowanie mówić o rzeczach fajnych, a nie tych mało przyjemnych. Kiedy oglądam się za siebie nie chcę pamiętać tego, co złe. No chyba, że miało mnie to rozwinąć, czegoś nauczyć i spowodować, że będę lepszym człowiekiem.

Zwykle bywa tak, że nie widzi się tego, jak wiele pracy wymagało osiągnięcie celu…

To prawda. Dlatego w książce mówię też o tym, że bywałam ze zmęczenia nieprzytomna. Mówię o tym jak wyglądała siła marzeń, praca na pełnym etacie  … Dokładnie przed samym Everestem rozesłałam 6000 ofert sponsorskich. Tak, tak. To nie żart. Ale wiem, że urodziliśmy się po to, żeby coś na tym świecie zrobić, coś pokonać, coś przeskoczyć. Z zasady trzeba liczyć się z tym, że w każdym dużym projekcie, którego się podejmiemy zawsze będą trudności, a my musimy stać się mistrzami w ich pokonywaniu.

A co było dla ciebie największym wyzwaniem – tym w górach i tym w napisaniu książki?

Samo pisanie książki było dla mnie ogromnym wyzwaniem i wielką przyjemnością jednocześnie. A tak naprawdę najtrudniejszy był dla mnie etap już po jej napisaniu. Kiedy musiałam całą książkę raz po razie czytać, sprawdzać, upewniać się, czy to jest dokładnie to, co chcę opowiedzieć. W pewnym momencie znasz na pamięć każde słowo i naprawdę nie masz ochoty do niej zaglądać. Po prostu przychodzi taki moment „zmęczenia materiału”. W górach z kolei najtrudniejszy był dla mnie etap przed wyprawą. Pozyskiwanie funduszy, brak czasu, zmęczenie… robiłam milion rzeczy naraz i nie miałam kiedy odpoczywać. W samych górach, na Evereście, najtrudniejszy jest ciągły fizyczny ból, który sprawia, że ta góra cię maltretuje. To słowo najlepiej oddaje to, co czułam – Everest mnie zmaltretował. Tam wszystko robi się źle. Źle się oddycha, źle się chodzi, źle się trawi, źle się śpi. W ogóle wszystko jest trudnością i trzeba się do tego przyzwyczaić. Czas tam płynie bardzo wolno, a ty modlisz się, żeby to wszystko się już skończyło.

Miłka Raulin

I w końcu stajesz na najwyższym szczycie świata. Jakie to uczucie?

Jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl, kiedy mnie pytasz o to, jakie to uczucie to: zajebiste, choć nie wiem, czy możemy to napisać (śmiech). To jest taki mix uczuć, który ciężko opisać: szczęście, bo jest cudowna pogoda, wewnętrzna radość, że twój organizm podołał temu wszystkiemu, że dałaś radę, że się zmobilizowałaś. Jest też świadomość, że cel został osiągnięty, ale, że jest to dopiero połowa drogi. No i przede wszystkim ZACHWYT. Taki zachwyt, który sprawia, że chciałoby się połknąć wszystko, co się widzi. Wszystkie te uczucia okraszone są łzami szczęścia. Kiedy szłam na szczyt, cały czas płakałam. Dlaczego? Nie mogłam uwierzyć, że to wszystko się dzieje, że to naprawdę jest ten moment, w którym po siedmiu latach projektu, idę na dach świata. Te wszystkie emocje po prostu eksplodują. Czujesz się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i czujesz się zaszczycony. Bo bycie na szczycie najwyższej góry świata to prawdziwy zaszczyt, którego nie każdy może doświadczyć. Więc kolejne uczucie jakie Ci towarzyszy to wdzięczność. Naprawdę wielka wdzięczność. Dlatego moją misją jest to, by opowiadać o tym, co zobaczyłam, co przeżyłam. Żeby cząstkę tego rozrzedzonego powietrza, które na zawsze zostało w mojej głowie i płucach wraz z moimi opowieściami puszczać w świat. Jestem zdania, że każdy ma swój Everest i każdy jest w stanie sięgnąć po niego, tylko czasem po prostu trzeba zrobić ten pierwszy krok.

Z twojej historii wybrzmiewają naprawdę niesamowite emocje, aż trudno to wszystko sobie wyobrazić! Zdradź proszę, czy równie silne uczucia towarzyszyły ci, kiedy po raz pierwszy trzymałaś w rękach własną książkę?

Pomyślałam sobie: „ale fajnie!”. I po raz kolejny poczułam, że jeśli na czymś się mocno skoncentruję i powiem sobie, że to zrobię, to to zrobię. Książka była dla mnie wyzwaniem, nigdy wcześniej nie pisałam. Studiowałam przecież na polibudzie, a tam książki raczej są pełne wzorów, a nie tekstów. Tymczasem okazuje się, że jak podzielisz pracę na etapy, ustawisz się na cel i będziesz konsekwentnie działać – podołasz wszystkiemu.

Co powiedziałabyś tym wszystkim, którzy chcą spełnić marzenie własnej książce i rozważają: Pisać? Nie pisać? Uda się? Nie uda? Bo w głowach autorów często jest wiele wątpliwości.

Przede wszystkim trzeba pokonać wewnętrzne przekonanie, że to, co opowiadamy jest nudne. Pisać o wszystkim, nie bać się przelewać myśli na papier. A potem dać sobie czas na przeczytanie i sprawdzenie, jak się z tym czujemy. Można też napisany tekst dać do przeczytania najbliższym znajomym i poprosić o krytyczną opinię. Pisanie książki jest naprawdę bardzo rozwijające. Będą poprawki, będą zmiany, ale będzie też poczucie satysfakcji. I jestem zdania, że książkę można wydać zarówno z wydawnictwem, jak i samemu, o ile tylko jesteśmy gotowi na większą ilość pracy. Ale jest to fajna przygoda! I warto zrobić wszystko, żeby tę przygodę przeżyć! Własna książka w ręce, to coś niesamowitego.


Miłka RaulinMiłka Raulin, autorka książki „Siła Marzeń, najmłodsza Polka, która zdobyła Koronę Ziemi. Na szczycie Mount Everest stanęła 22 maja 2018 r.

Facebook: Siła marzeń Miłki Raulin
Instagram: siła.marzen

 

 

Może ci się też spodobać

Napisz komentarz