Dziś wpis zupełnie inny od pozostałych. O wolności – tej twórczej i tej życiowej.

Dokładnie tydzień temu miałam okazję uczestniczyć w konferencji „Tam gdzie chcę” zorganizowanej przez Tomasza Maciejewskiego. I właściwie nie miałam w planie, by o niej wspominać tu, na blogu, na którym w końcu piszę o tym, jak wydawać własne książki. Konferencja dotyczyła bowiem cyfrowego nomadyzmu i byłam na niej z zupełnie, jak mi się wydawało osobistych motywacji – obok pisania, to właśnie podróże są moją największą pasją. I choć zdarza się, że wielokrotnie ciągu roku pracuję z różnych miejsc, nigdy nie określiłabym się nomadem. Zawsze wydawało mi się, że to określenie jest zarezerwowane dla osób, które pracując podróżują jednocześnie na dużo większą skalę. Częściej. Dalej. Bardziej egzotycznie. Za większą kasę.

Zdałam sobie jednak sprawę, że nomadyzm, to tak naprawdę stan ducha. To wewnętrzna potrzeba bycia niezależnym od miejsca i czasu. Potrzeba zmiany miejsc. Możliwość samodecydowania o tym, kiedy i gdzie będę pracować. Co i w którym momencie zrobię. A te towarzyszyły mi od zawsze. Uświadomiłam sobie, że zdecydowałam się na self-publishing (który ma przecież wiele minusów), jako na ścieżkę realizacji swoich wydawniczych marzeń w dużej mierze z potrzeby poczucia wolności. Twórczej – bo tylko ja decyduję co napiszę, co i kiedy wydam, ale również tej życiowej – tej przestrzeni, w której mogę decydować kiedy, z jakiego miejsca i na jakich warunkach to zrobię. Uwielbiam zmieniać miejsca, wyszukiwać, odwiedzać, ale jednocześnie miejsca mnie nie definiują, nie przywiązuję się do nich. Nie mam tej wewnętrznej potrzeby do posiadania na własność domu z ogrodem, ale za to – ogromną potrzebę spakowania walizek przynajmniej kilka razy w roku. I wierzę, że pisanie i niezależne wydawanie może być jednym ze sposobów na to, by właśnie tak żyć. Choć przede mną jeszcze długa droga, by osiągnąć pod tym względem zupełną niezależność.

Ten post przygotowałam dla Was dzisiaj rano ze swojej ulubionej kawiarni. A za godzinę wyjeżdżam – z laptopem w torbie i założeniem, że choć tylko 300 km dalej, to właśnie po to, by przygotować przedsprzedaż nowej książki. I wiecie co? Mówi się często, że trzeba odnaleźć swoje miejsce w życiu. A ja jestem przekonana, że wielu ludzi, podobnie jak ja, cały życiowy „fun” ma tak naprawdę w jego poszukiwaniach.

Może ci się też spodobać

6 komentarzy

  1. Andrzej

    30 września 2017 at 12:00

    mam podobne podejście. Również wiele frajdy sprawia mi szukanie swojego miejsca. Nie lubię monotonii:)

  2. Marta Stępniak

    30 września 2017 at 14:24

    Motywujący wpis. Chciałabym dążyć do tego, aby wszystko co w życiu robię zależało ode mnie.
    A miejsce na ziemi? Nie ma jednego. Na każdy etap życia i rozwoju inne miejsce jest lepsze.

  3. Gosia Ostrowska

    1 października 2017 at 07:20

    Cudny i optymistyczny wpis. Ja wydaje się odnalazłam swoje miejsce w życiu. Tam gdzie moja rozina tam ja. Choć na starość marzy mi się domek na wsi z jeziorem w tle.

    1. Gosia Ostrowska

      1 października 2017 at 07:22

      Zapomniałam dodać mamy Lwa i nie wiem ile razy go już czytaliśmy . Fantastyczna literatura

  4. Dariusz Grochocki

    15 października 2017 at 12:18

    nigdy nie miałem okazji podróżować do egzotycznych miejsc, a tam gdzie w Polsce jeżdżę pracować czy po prostu na wakacjować, lubię znajdywać swoje ulubione miejsca i kolekcjonować w głowie piękne chwile spędzane tam samemu ze swoimi myślami czy przy książce, lub z przyjaciółmi; z takich to powodów jestem gotów z Krakowa pojechać z dnia na dzień do Gdyni, aby w tamtejszej kawiarni Lawenda zjeść jakieś pyszne ciasto 🙂

Napisz komentarz